Obok nas – bliżej lub dalej – żyją ludzie o wielkiej wyobraźni miłosierdzia. W Polsce mamy np. „swoją” s. Małgorzatę Chmielewską czy Janinę Ochojską. Francja ma „swojego” Gilles’a Rebêche – diakona stałego, który od 35 lat posługuje w Tulonie na południowym wybrzeżu kraju. Założył kilkadziesiąt organizacji na rzecz osób potrzebujących. Ale ważniejsze wydaje się to, jak na nich patrzy, jak o nich mówi, jak ich kocha.

Jest początek roku 1983. Świeżo wyświęcony diakon stały Gilles Rebêche zostaje posłany do posługi wśród ubogich w Tulonie, na południu Francji. Znał te ulice od dziecka. Znał twarze imigrantów przypływających z różnych stron świata tu, do jednego z największych portów południowej Francji. Pierwsza trudna interwencja: wzywają go do Marcela. Ojciec wielodzietnej rodziny, bez pracy. Brakuje pieniędzy na leczenie chorego dziecka. Do tej pory kradł, aby utrzymać swoich bliskich. Właśnie eksmitowano ich z mieszkania. Marcel chce podciąć sobie żyły. Gilles staje przed nim trochę bezradny. Przede wszystkim słucha. Delikatnie zachęca go, aby podjął jeszcze jedną próbę życia. W końcu słyszy: „Kim ty jesteś, że chcesz powstrzymać mnie przed śmiercią?” I odpowiada tylko „Przyszedłem do Ciebie z moimi ideałami i przekonaniem, że ty i twoja rodzina macie prawo do godnego życia”.

Marcela udało się uratować. Ale Gilles’owi na zawsze pozostało w pamięci pytanie, jakie usłyszał. Miał poczucie, że odpowiedział na nie trochę nieudolnie. Ono stało się dla niego fundamentalnym pytaniem o powołanie, które stawia sobie do dzisiaj. Tymi samymi słowami Marcela zatytułował swoją pierwszą książkę: Qui es-tu pour m’empêcher de mourir?, nieprzetłumaczoną jeszcze na język polski.

Gilles Rebêche miał w życiu zarazem łatwy i trudny start. Urodził się w 1956 r. w rodzinie z katolickimi tradycjami. Jednak dzieciństwo spędził w ubogiej dzielnicy Tulonu. Jeden z księży pracujących w sąsiedniej, bogatej dzielnicy nie odnajdywał się w posłudze wśród zamożnych mieszkańców przybyłych z północy, którzy pobudowali tu swoje rezydencje. Przeniósł się więc do dzielnicy, w której mieszkał Gilles i tam założył wspólnotę przypominającą salezjańskie oratorium. Młody chłopak chętnie dołączył do wspólnoty – najpierw jako wychowanek, później wolontariusz. „Osiedlowy” ksiądz był dla Gilles’a wzorem. Jako nastolatek postanowił zawrzeć „pakt z Panem Jezusem”: ja pójdę tam, gdzie zechcesz, a Ty pozwolisz mi pomagać ubogim.

Gilles_0

„Tam, gdzie zechcesz” zaprowadziło go do seminarium. Jako przykładnego studenta, wysłano go, by kontynuował naukę w Rzymie, ale to, o czym marzyło wielu jego kolegów, on przyjął niechętnie. Atmosfera rzymskiego seminarium zupełnie mu nie odpowiadała. Otoczony przepychem strojów i wnętrz, patrzył na wystawny styl życia wielu swoich towarzyszy i rosło w nim poczucie, że jest to miejsce, gdzie robi się przede wszystkim karierę kościelną. Wystąpił z seminarium. Wrócił do Francji, aby robić to, co kocha. Zaangażował się m.in. w działalność Stowarzyszenia „Czwarty Świat”. Podczas wizytacji parafii, Gilles mógł wreszcie porozmawiać z biskupem.  Wszystko mu opowiedział. Pomodlili się wspólnie. Zaczęli się regularnie spotykać. Gilles mógł samodzielnie dokończyć studia teologiczne, nie rezygnując z pracy z ubogimi. W listopadzie 1982, jako jeden z pierwszych we Francji otrzymał święcenia diakonatu stałego – Pan Bóg i tak złapał mnie w swoją pułapkę – opowiada z uśmiechem.

Od tamtej chwili minęło 35 lat, a Gilles Rebêche pozostał tym samym człowiekiem, ze swoimi wartościami i wrażliwością na innych. Założył ponad 70 stowarzyszeń na rzecz potrzebujących – osób w żałobie, bezdomnych, samotnych matek, chorych psychicznie, bezrobotnych itd. Często Kościół we Francji nie może bezpośrednio prowadzić tego rodzaju dzieł miłosierdzia, gdyż mnożą się wówczas oskarżenia o prozelityzm. Rozwiązaniem okazały się właśnie tego rodzaju stowarzyszenia. Gilles jest także koordynatorem diakonii w diecezji Tulon. Diakonia, czyli „kościelne centrum wolontariatu” gromadzi obecnie kilku diakonów, ponad 100 pracowników i 1200 wolontariuszy.

Gilles podkreśla, że wszystkie te dzieła zaczynają się od relacji z potrzebującymi, z którymi można się zaprzyjaźnić i wspólnie stworzyć coś wielkiego. – Kiedy jesteśmy z ubogimi – tłumaczy – wiele robimy nie tak jak trzeba. Traktujemy ich sytuację jak „problem weterynaryjny”, na który trzeba znaleźć rozwiązanie. Podkreśla się na przykład, że ubogich trzeba nakarmić, dać im mieszkanie, umożliwić godne życie. Ale miska zupy i ciepłe ubrania z Caritasu zupełnie nie rozwiązują problemu ich osamotnienia i społecznego odrzucenia.

Gilles wskazuje na jeszcze jeden błąd naszego społeczeństwa: Jesteśmy protekcjonalni. Czynimy z siebie wspaniałych ratowników, którzy przynoszą rozwiązanie. Jesteśmy z siebie dumni. Pierwsze słowo należy do nas. A to pierwsze słowo powinniśmy zostawić ubogim. Gilles tłumaczy to w perspektywie spotkania Maryi z Elżbietą (por. Łk 1, 39-45): – To Kościół ma wychodzić do ubogich. Elżbieta symbolizuje człowieka starszego, stojącego z boku, nikomu już niepotrzebnego. Odwiedza ją Maryja, ale nie zarzuca kuzynki pytaniami ani radami. Pierwsze zdanie należy do Elżbiety.

Gilles_1

Gilles wie doskonale, że ubodzy nie chcą tylko brać. Chcą być potrzebni. Często powtarza słowa Wincentego à Paulo o tym, że ubodzy są naszymi nauczycielami. Powinniśmy przestać myśleć, że to tylko oni nas potrzebują. – Od ubogich możemy także wymagać – tłumaczy Gilles – jeżeli żebrak na ulicy nie chce nam odpowiedzieć „dzień dobry”, to niech się dowie, że my też chcemy to od niego usłyszeć.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa, kiedy diakonat był ważnym urzędem w Kościele, a nie tylko stacją na drodze do kapłaństwa, diakonów nazywano „oczami biskupa”, czyli tymi, którzy mają dostrzegać potrzeby wiernych. Greckie słowo diakon oznacza tyle co „sługa”. W swojej drugiej książce: Sur les chemins du serviteur (Na ścieżkach sługi), francuski diakon, w oparciu o kilka fragmentów Ewangelii, proponuje medytacje wokół tajemnicy służby.

Gilles ma już ponad 60 lat. Jest wielkim człowiekiem, ale nie zajmuje sobą przestrzeni. Wysoki starszy pan w białym swetrze, z siwiejącą głową, wydaje się nawet trochę nieśmiały. Ale samo jego spojrzenie i barwa głosu wyraża szacunek dla drugiego człowieka. Zmienia świat przede wszystkim nie wielkimi dziełami, ale małymi gestami. – Nie sposób posiadać wielu przyjaciół. Ale mieć jednego przyjaciela w ubogim czy bezdomnym to prawdziwy skarb. Nie jestem nikim wyjątkowym. Wy też możecie zakładać diakonie i dziesiątki stowarzyszeń. Ale wszystko zaczyna się od relacji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s