W dzisiejszych czasach jesteśmy bardzo nastawieni na produkowanie i nie chodzi mi tylko o to, że ludzie pracują ponad siły i obrastają w rzeczy. Produkowanie niestety dotyczy również naszej wiary. Chrześcijanin nierzadko produkuje prośby, rytuały, post, modlitwy (Mt 6.7-8), ktoś inny postanawia wyprodukować jak najwięcej dobrych uczynków (Rz 4.5-8; Ef 2.8). Uwaga. Za tym kryją się dwa niefajne przekonania. Po pierwsze, że to my sami produkujemy, po drugie – że niebo jest dla tych najbardziej produktywnych.

 

Uczyli na katechezie….

Sposobem na to, żeby wyjść z takiego kołowrotka myślenia jest modlitwa w ciszy. Na katechezie uczy się regułki słusznej zresztą, że modlitwa jest rozmową, jakąś interakcją dwóch osób. I najczęściej na regułce w zeszycie się kończy, bo nie zawsze wyjaśnia się na czym ta rozmowa miałaby polegać. A rutyna życia pisze inną definicję modlitwy. To gadanie do Boga, formułką lub swoimi słowami.

Z czym więc kojarzy się modlitwa w ciszy? Jeśli kojarzymy ją po prostu z nie wypowiadaniem słów, to jesteśmy bardzo daleko od prawdy. Jednym zdaniem określiłbym ją jako świadome przebywanie z Bogiem.

 

Zanim zaczniesz

Technicznie i zewnętrznie praktykowanie modlitwy w ciszy jest bardzo proste. Najpierw o tym jak się przygotować. Dzień wcześniej warto wynaleźć w następnym dniu pół godziny, „umówić” się z Bogiem np. na 13. Naprawdę odradzam zostawianie na wieczór, gwarantuję, że zaśniecie. Siadamy wygodnie w uporządkowanym miejscu. Zamykamy okna, możliwie odcinamy się od wszelkich bodźców – zamykamy tzw. bramy zmysłów – wyłączamy telefon, a przynajmniej głos w telefonie i nastawiamy budzik, choć najlepiej użyć do tego zegarka.. Wynajdujemy fragment Ewangelii, który Kościół przewiduje na dany dzień – namiary można sobie wcześniej spisać np. ze strony mateusz.pl/czytania.

Wszystko to służy temu, by zorganizować sobie izdebkę-pustelnię (Mt 6.6). Greckie słowo określające w tym fragmencie izdebkę można również przetłumaczyć jako alkowa małżeńska, miejsce intymne, do którego tylko wybrani mają wstęp. Kiedy już wszystko gotowe, w ramach usypiania zmysłów zamykamy oczy i otwieramy je później tylko po to, żeby przeczytać dany fragment.

 

Instrukcja obsługi

Czas na schemat modlitwy.

  1. Stanięcie w obecności Boga – chodzi o wyciszenie pędzących myśli, pomyślenie sobie, że Bóg nie jest gdzieś obok mnie, na górze, ale we mnie. Nie przeciągaj tego etapu w nieskończoność, ale tym bardziej nie traktuj go jak zwykłej gry wstępnej, czasem to będzie musiało zająć nawet 10-15 minut Twojej modlitwy. Czasem pomaga kilka miarowych głębszych oddechów.
  2. Czytanie duchowe. Raz lub dwa razy przeczytaj dzisiejszy fragment. Nie więcej. Nie baw się w uczonego w Piśmie. Nie rozkminiaj o co tu chodzi. Nie próbuj wyssać jak najwięcej jak z treści. To nie jest złe, ale do tego służą Ci inne rodzaje medytacji, jak np. ignacjańska czy lectio divina. Nie czytaj ciałem, a raczej sercem. Nie czytaj jak wiersz w szkole do analizy, a raczej jak list od ważnej osoby – jeśli czytałeś Ewangelię albo chodzisz jakiś czas do kościoła, cieleśnie Cię ten fragment nie zaskoczy. Powiesz, czytała(e)m to już, nic nowego. A po ten sam list od ukochanej osoby sięgamy wiele razy, chcemy się po prostu nim nacieszyć. Czytaj powoli, rób przerwy. Możesz wybrać sobie jakiś fragment, nawet niewinne pierwsze zdanie, zazwyczaj o tym, że Jezus gdzieś przyszedł albo usiadł – aby później móc smakować to jedno zdanie albo kilka słów.
  3. Patrzenie na Jezusa. Można to robić na dwa sposoby. Pierwszym z nich jest patrzenie na Niego wyobrażonego w przeczytanym fragmencie. Po prostu przyglądanie Mu się. Tu jednak można popaść w pułapkę analizowania. Drugi sposób to patrzenie na Pana bez żadnych pomocy, wyobrażeń. Duchowym wzrokiem. Siedzenie z Nim tak jak się siedzi z przyjacielem, tak, że nie potrzeba słów. Chodzi o zwykłe patrzenie jak Ktoś Kto Mnie Kocha na mnie patrzy, co ma w oczach. Może doświadczyliście kiedyś w potrzebnie takiego spojrzenia kochającego rodzica albo partnera, kiedy byliście w potrzebie i jedno takie spojrzenie potrafiło Was pokrzepić.
  4. Akt wiary. To ostatni etap, który powinien naturalnie wypływać z poprzedniego, Mała aluzja: Czasem w różnych pieśniach religijnych śpiewamy teksty typu „O szczęście niepojęte, Bóg sam odwiedza mnie”, „Bez Ciebie nie mogę już żyć” itd. I niestety, często albo wyśpiewujemy je bezmyślnie bo jest fajna atmosferka i gra ładna muzyczka na gitarze, albo sami powaznie nie traktujemy tego co wypowiadamy (produkujemy) i nie zawierzamy się Bogu (Mt 7.21). Żeby wyznać prawdziwą miłość drugiej osobie, trzeba Ją poznać, pobyć z Nią, tak samo jest z Bogiem. Wówczas jakiś akt wiary „sam” czyli z pomocą łaski przychodzi nam do głowy i nie są to puste słowa. Taki akt powinien trochę potrwać. Pozwólmy Bogu nacieszyć się naszym oddaniem, pozwólmy sobie zanurzyć się w tym zjednoczeniu – tak samo jak nie wystarczy dziewczynie raz powiedzieć kocham. Ten akt wiary jest jedyną rzeczą, którą można mówić – po uczciwej modlitwie możemy być pewni, że nie jest on wyprodukowany Można uczynić sobie z tego akt strzelisty czyli jakieś jedno zdanie wypowiadane wciąż do Boga.

 

Kino domowe

Nie, zapewniam, że to wszystko na początku nie będzie tak fajnie wyglądało jak napisałem. Problemy pojawią się już na początku. Chodzi o te słynne rozproszenia. Wraz z nimi pojawi się pokusa, że nie warto, że ciągle myśli odbiegają. Są to niejako zmysły wewnętrzne chociaż odkurzacz sąsiada równie skutecznie może odwrócić nasze myśli od Pana. Można to nazwać kinem domowym, które może drażnić, zniechęcać, albo przygnębiać. Problemu nie można przemilczeć, ale i nie demonizować. Warto odwrócić kota ogonem i zaprzyjaźnić się z tymi rozproszeniami. Są one dla nas informacją co tak naprawdę oddziela nas od Boga, dzięki nim pokorniejemy, przestajemy się uważać za wielkich mistyków, którzy śladami św. Jana od Krzyża i św. Teresy teraz będą praktykować modlitwę w ciszy. Wyznaniem wiary może być deklaracja, że ja nie chcę tego morza między mną, a Bogiem, że ja chcę bliżej Niego, że nie chcę by nic nie zasłaniało mi Jego twarzy.

Bóg w żaden sposób nie potępia nas za nasze rozproszenia, wie, że ich nie chcemy. Tak jak kobieta cierpiąca na krwotok (Mk 5.25-34), tak i my musimy się jakby przepchać i za każdym razem przepychać przez nie do Jezusa. On cieszy się z każdego rozproszenia, z którego staramy się obudzić. Im więcej rozproszeń, tym więcej okazji do zwycięstwa nad nimi, do ponownego wybierania Jezusa, do ponownego ucieszenia Go.

 

Bóg nie jest krową

Kolejna kluczowa sprawa: intencja. Siadam i mówię: Panie, oto pół godziny tylko dla Ciebie, chcę je „zmarnować: z Tobą w sposób bezinteresowny. Święty Jan od Krzyża wskazał na trzy drogi modlitwy.

Jedną drogą idą Ci, którzy od Boga czegoś chcą, prezentują Mu swoją wolę, oczekiwania, mówiąc dosadnie, chociaż zapewne każda z takich osób obruszyłaby się na to określenie, traktują Boga jak dojną krowę. Jeśli po to siadamy do modlitwy w ciszy – nie poznamy Jezusa. Druga grupa osób to ci, którzy szukają rady, pocieszenia, czasem wzniosłych uczuć, gorącego odczuwania bliskości Boga – ale i to myślenie jest podszyte egoizmem.

Postawa „Panie Boże, rób co chcesz, to jest Twój czas” bywa trudną, ale bezinteresowną i doskonałą drogą. Piszę ‘trudną’, bo chyba żyjemy trochę w takiej mentalności czy kulturze, że Bóg jest w istocie po to, żeby poprosić i dostać. Jan od Krzyża obiecuje, że kiedy opuścimy mieszkanie własnej woli i łoże upodobań, napotkamy Jego. Chciał(a)byś żeby tak wyglądał Twój związek z drugą osobą? Bóg może coś Ci powie, albo nie. Może będziesz całe pół godziny walczyć z rozproszeniami. Może będzie nuda. Ale nawet w takim codziennym prozaicznym wytrwaniu jest ogromny skarb (Mt 24.13).

 

Zadziwisz Boga

Trening czyni mistrza. Po kilku tygodniach, a może dniach codziennej modlitwy zaczniecie sami z siebie chodzić z Bogiem przez coraz większą część doby. Życzę Wam czasem pragnienia przesuwania budzika: 40 minut, 45, godzina – nie po to, by udowodnić sobie, jakimi herosami jesteście i co wy dla tego Boga nie robicie, ale żeby pobyć w tym czasie poza czasem, żeby zafundować sobie tu, na ziemi, przedsmak wieczności.

Jeszcze raz, bo to ważne: ta modlitwa nie jest po to, żeby coś poczuć, wręcz przeciwnie, przeżywanie zbyt wielu uczuć może być pułapką – to że jest nam miło i przyjemnie nie znaczy, że jesteśmy blisko Boga. On jest jak słońce – kiedy jest się blisko Niego, nie można na Niego patrzeć, bo się oślepnie, trzeba zamknąć oczy i zgodzić się na ciemność. Nasze „nie czuję” absolutnie nie oznacza, że Bóg nie czuje niczego, wręcz przeciwnie, ogromną frajdę sprawia Mu nasza wierność i wytrwałość, i to, że wreszcie nie chodzi nam tylko o to, żeby nam coś załatwił, ale o Jego samego właśnie. Bóg będzie wtedy Tobą zdumiony i zauroczony.

 

Niniejszy tekst jest swego rodzaju syntezą krótkiej i treściwej książki ks. Andrzeja Muszali Modlitwa w ciszy, (większość metafor pochodzi właśnie stamtąd), wzbogaconej o moje bardzo skromne doświadczenie i rozmowy z osobami, które są bardziej doświadczone w modlitwie w ciszy.

Maciej Małaj

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s